23Lut

Muzyka dla agnostyków i ateistów – wywiad z Milito

Wojtek Kułaga: Stworzyłeś religijną muzykę dla agnostyków i ateistów… Brzmi dość nietypowo.

Milito: To nie było nic wykoncypowanego. Moja ukochana poetka Marina Cwietajewa napisała kiedyś, że dzieło tak naprawdę można „zamyśleć wstecz”, przejść z otwartymi oczami drogę, którą się przebyło na oślep.

Ty „zamyślasz wstecz” muzykę religijną?

W moim wypadku tak było. Płyta, „Gwiazda rubieży” jest tak zrośnięta z moim ówczesnym życiem, że rosła wraz z nim jak liście na drzewie. I samo określenie, dość zresztą żartobliwe, „muzyka dla agnostyków i ateistów”, przyszło dopiero po czasie, mimo, że byłem świadomy tego, co robię. Myślę teraz, że tak jak Vulnicura Björk była lekiem na złamane serce, tak i moja Gwiazda rubieży miała być odtrutką na utratę wiary w takiego Boga, jakim promuje się go wszem wobec w Polsce. To rozczarowanie wybiło mi wtedy zęby, kosztowało lata stanów depresyjnych i czarnych myśli.

Dlaczego?

Bo ja jestem skrajnie duchową istotą i po wyjściu z zastałych schematów, nie wiedziałem, co z tym zrobić. Przede wszystkim dlatego, że wpadłem w wielką samotność – chodziłem przebudzony z letargu z na szpic wyostrzonym każdym zmysłem i nie szło o tym z nikim pogadać – nie spotkałem nikogo z taką śmiałością umysłową. Wierzący wierzyli i bali się słuchać, a ateiści to według mnie bardzo nieliczna grupa – za to mamy wokół sporo ignorantów, którzy w dupie mają ten temat. Albo się go boją. Aż w końcu stworzyłem swój własny język, swój własny patos, żeby odbić się od nicości, która mnie wtedy zalała. Muzyka, choć niejednokrotnie uratowała mi życie, to sama by tego nie uniosła; były terapie, medytacje i to jest temat piękny i olbrzymi, i na pewno jeszcze będę się nim dzielił z wszystkimi. A płyta jest metaforycznym zapisem zaledwie fragmentu tej drogi. No, i oczywiście jest też o miłości i o śmierci, bo bez tego nie ma duchowości.

Często eksperymentujesz?

Ufam nieznanemu i w tym sensie eksperymentuję. Ale jednak mi o coś bardzo chodzi i eksperyment dla eksperymentu by mnie nudził. Lubię koncepty. Rzeczy, które robię to jakieś kosmiczne paczki, które rozpakowuję Winrarem pokornej pracy i jestem wierny swojemu powołaniu. Siebie się nie da wymyślić. Oczywiście, refleksja jest wskazana, ale i tak na koniec wygrywa serce. Czy to jest eksperyment? Jeśli tak, to jego wodzę dzierży tu przyroda.

Uważasz się bardziej jako performera czy jako muzyka?

Absolutnie za muzyka. Jestem urodzonym singerem-songwriterem. Myślę zresztą, że zrozumienie tego utrudniła mi paradoksalnie miłość do mojego powołania – napawała mnie stresem nadgorliwego absztyfikanta. Musiałem nauczyć się tym wszystkim zarządzać, przestać się panicznie bać sceny, zrozumieć też granicę między moimi możliwościami a potencjałem i niemal z buta i łomem ograniczyć perfekcjonizm. A performance? Byłem mu bardzo oddany, bo ciało dla mnie jest święte. Moje dodatkowo jest roztańczone, ale ja jeszcze tę taneczność wykorzystam na poczet muzy!

Jaki jest Kamil?

Zajebisty. Naprawdę jestem świetny i to jest po prostu straszne jak długo mi zajęło, żeby to w pełni pojąć. Przeszedłem piekło niepewności i wiem, co to znaczy autosabotaż. Winę za to ponosi wtłaczany nam do głowy imperatyw udowadniania swojej wartości rezultatami. Pozwól, że rozwlekę ten temat, bo jest ważny. Chciałbym, żeby ludzie wiedzieli, że jeśli ktoś myśli, że będzie „zajebisty” jak to udowodni osiągami, to zawsze będzie mieć poczucie bycia niewystarczającym, a to droga pochyła w dół do wszystkich kryzysów. Bo tymczasem jest tak, że z zajebistością się rodzimy i tyle. Widziałeś kiedyś „niezajebiste” dziecko?

Nie.

No, właśnie. I teraz trzeba wystawić wielkiego „fucka” systemom oficjalnej edukacji absolutnie ślepej na całą masę talentów i to uczucie odzyskać, bo to ono odblokuje nasz prawdziwy potencjał – i to wtedy powstają cuda. Robisz coś z luzem, bo tego nie oceniasz na wstępie, że jest wybrakowane. Robisz to z miłości. Ja jeszcze pewnie nie wiem, co „zajebistego” mogę zrobić, bo kolejne moduły otwieram w czasie, ale wiem, że jestem wystarczająco świetny, by sięgać po nie ręką. Już się nie umniejszam. Czas jest wspaniały, gdy przez niego kroczysz świadomie.

A jakie konkretne cechy w sobie lubisz?

Umiem kochać mądrze i nie jestem ofiara swoich emocji, umiem nimi zarządzać. Rozwój jest u mnie samorzutny. Lubię też moją zmysłowość. Jestem wiernym partnerem – dla siebie i dla mojego partnera. Lubię to.

A jaki jest Milito?

Identyczny. Milito to Kamil tylko w percepcji kwantowej.

O proszę, fizyki się u ciebie nie spodziewałem…

Oczywiście, że fizyka jest fascynująca! No, więc Milito ogarnia po prostu kosmos. Kamil – ziemię, ale ta też – jest w komosie. Zresztą, Milito to moja własna wariacja na temat mojego imienia. Gdy dodasz do Kamila hiszpańską końcówkę zdrabniającą – wyjdzie Kamilito. Usłodzisz wedle formuły Antonito – Tonito bardziej i masz Milito. Milito to Kamilek w wersji iberoamerykańskiej.

Skąd ten pomysł?

Pomysł ten przyszedł mi do głowy, gdy miałem 14 lat na fali fascynacji Meksykiem i Fridą. A jeszcze wcześniej dzięki autobiografii Kory pojawił się na moim horyzoncie Octavio Paz, którego lubię do dziś. Coś w tym Meksyku jest fascynującego.

Co?

Może ich stosunek do śmierci, kolory i sposób obrazowania? Potem dowiedziałem się, że samo „milito” znaczy po łacinie „walczę”.

Chyba nie przypadkowo…

Wiesz, ostatecznie przypadek i przeznaczenie to ta sama tajemnica… Tak, czy siak – Milito jest trochę słodki jak Kamilek, dużo w nim z dziecka, a trochę dziki jak wojownik połączony zmysłami z własną śmiercią. W każdym razie na pewno Kamil i Milito to ta sama osoba.

Fisharmonia, mandolina, banjo, ukulele, gitara, cytra akordowa, autoharp, flety, okaryna, kazoo, drumla wietnamska, bębenek, dzwonki pasterskie… Skąd u ciebie tyle nietypowych brzmień?

Lubię naprawdę różne brzmienia. Wybrałem jednak w swojej płycie te, bo rezonowały z moim ówczesnym stanem. Przynosiły obrazy, których potrzebowałem…

Jakich obrazów potrzebowałeś?

To rozległy temat. Myślę, że wtedy na poziomie pół-podświadomym godziłem się z własną pojedynczością i kruchością. Tak, to były zaślubiny z własną śmiertelnością, dlatego brzmienia tej płyty są trochę weselno-pogrzebowe: przepełnione rozwibrowanym życiem, a z drugiej strony, jakbyś patrzył w suche trawy jakiegoś stepu zamieszkałego przez czerwie. Na pewno nie ma w tym jednak beznadziei. Jest za to ekstaza.

Nie tylko zagrałeś na nich wszystkich, ale też napisałeś utwory, nagrałeś, zmiksowałeś je i sam wydałeś cały album. Bardzo indywidualistyczne podejście…

Chyba z poziomu intymności, jaką się dzielę z odbiorcą na tym nagraniu. To nie jest po prostu muzyka – to jest dźwiękowy zapis mojej duszy. Wpuszczanie kogokolwiek do tego świata wydawało mi się wręcz niemożliwe. Ja nie wiem, czy to było mądre. Ale naprawdę byłem wtedy w swych zamiarach rozłożysty i spektakularny jak orkiestra gagaku. Właściwie chciałem spełnić swoje marzenie: być bogiem muzyki. W jakimś sensie się to udało.

Jak być bogiem muzyki?

Człowiek, aby stał się bogiem, musi zrobić jedną małą rzecz – stać się muszlą, w której boskość szumi i temu nie przeszkadzać. Widzi się ten stan u zwierząt – one całe są w zadaniu, nie zaprzeczają swojemu powołaniu. Np. taka pszczoła nie mówi sobie: „O kurde, na pewno spieprzę ten miodek”. Ona go po prostu nawala. I ja zacząłem nawalać, pozwoliwszy, by wszystkie sny i zamiary wyszły ze mnie tak, jak się objawiły.

Projekt okładki i wizualizacje też należą do ciebie. Nie przytłoczyła cię ilość pracy?

Jak mogą przytłoczyć miłość i wdzięczność? Oczywiście, bywało ciężko, ale ufałem temu „wajbowi”, który mnie prowadził, na maksa. I widzisz, jak ta muzyka może nie być religijna, jak powstała z czystej wiary w cuda?

Ile powstawała „Gwiazda rubieży”?

Kolekcjonowanie instrumentów, nauka gry – około 3 lata. Samo nagrywanie ciut mniej niż rok. Kwestia organizacyjna sześć miesięcy. Ale jak patrzysz na Gwiazdę, to tak jakbyś parzył w swoje oczy – masz dwadzieścia parę lat, ale jesteś wynikiem 4,5 miliarda lat ewolucji. Gwiazda ma ten przedwieczny oddech.  

Czemu właśnie tak nazywałeś swój projekt?

Gwiazda w kulturze jest światłem przewodnim – betlejemska prowadziła do Jezusa, moja – w bezdroża, by tam poznawać bezmiar swojej osobności. To trochę takie Pattismithowskie „Jezus umarł za czyjeś grzechy, lecz nie moje, moje grzechy należą do mnie” . W grzechy nie wierzę, ale w samopoznanie – do szpiku. Myślę, że o to też jej chodziło. Ona ostatecznie stała się bardzo religijna. Wbrew pozorom, gdy zdradzasz system, jesteś najbliżej Boga, czymkolwiek jest. W sufizmie jest taki termin, oznaczający dosłownie „łapserdaka” i wywrotowca, który z pozoru wydaje się pełen zepsucia, bo mówi na głos, co myśli, ale w środku jest nieskazitelny. I tu się okazuje, że „Gwiazda rubieży” to po prostu gwiazda nonkonformizmu i odpowiedzialności za siebie. I ostatecznie koło się zatacza, bo w idealnym świecie Gwiazda Betlejemska też tym jest, bo czyż nie do tego powoływał Chrystus? Na pewno nie do oceniania i kontrolowania innych, jak teraz to robią nasi wspaniali politycy pierwsi z kamyczkiem w ręce.

Jest też w tym całym patosie i autoironia – Milito jako gwiazda rubieży ze swoimi peryferyjnymi, nieznanymi  utworami.

A z perspektywy czasu…

Długo oceniałem ją bardzo okrutnie, myślę, że tak naprawdę dlatego, że była czymś o wiele większym niż to, na co po jej szalonym nagrywaniu było mnie emocjonalnie stać. Bo widzisz, zaśpiewać przy gotowaniu może każdy. Teraz trzeba mieć jaja czy jajniki, by to jak król lew lwiątko – obwieścić dżungli. Nie wiedziałem, jak to zrobić, byłem też świadom jej wad, bałem się krytyki. Wycofałem się na Akademię Sztuk Pięknych i zająłem sztukami wizualnymi. Nie żałuję, bo już wtedy wiedziałem, że wykorzystam to jakoś na poczet muzyki. Robię to teraz. A dziś? Patrzę czasem na nią z ogromną czułością, a czasem jak na coś wyjątkowo obcego – jak rodzic na dziecko, które się oddziela. Kochasz je, dbasz o nie, ale rozrastająca się obcość wokół tej relacji jest zdrowym wypuszczaniem z gniazda. I właśnie teraz to robię. Jednym słowem – nie oceniam, chwalę! W ogóle to ocenianie, gwiazdki recenzentów, to bardzo często bzdura. Wejdź na Pitchfork, zobacz, jakie masterpiece’y są niedocenione. Już są wręcz o tym memy na Instagramie.

 

W tym roku szykujesz małą niespodziankę…

Nie jedną! Nazbierało się. W kontekście Gwiazdy rubieży trzeba wspomnieć, że w tym roku przypada jej pięciolecie. Z tej okazji udostępnię ciekawskim niepublikowane wcześniej dema i outtake’i pod nieskromnym tytułem Zachłanność. Poza tym – co może najważniejsze – mam nową muzę, w której wracam do swoich korzeni – alternatywnego rocka, popu, bluesa, elektroniki. I mam nadzieję, że o niej też kiedyś pogadamy.

Oprócz muzyki i sztuki performance zajmujesz się też edukacją artystyczną… Lubisz mieć dużo na głowie?

Jestem też partnerem, bratem, synem, przyjacielem, kogutem domowym. Staram się też być obywatelem i chodzę na te pieprzone protesty, choć czasem mi się nie chcę, a czasem się ich najzwyczajniej boję. Rzygi, co się tu wyprawia w tym kraju! Wracając do tematu – ja nie jestem zajęty, jestem po prostu ucieleśnieniem życia, to wszystko. 

Dlaczego zająłeś się edukacją artystyczną?

Żeby mieć co do gara włożyć. Tymczasem się okazało, że mam do tego ogromny talent, moi uczniowie czy studenci zwykle są zafascynowani zajęciami. Mam bardzo etyczny stosunek do tego zawodu, zwłaszcza, że emocjonalnie jest bardzo zwrotny, daje dużo świetnych przeżyć. Wiem jedno, gdybym jako młoda osoba spotkał takiego nauczyciela, uniknąłbym dużo bólu w życiu, a to już coś! Może tak naprawdę dlatego to robię?

Dostałeś nawet „Słoneczniki” w 2014…

Tak, za zajęcia rodzinne w Regeneracji w Warszawie. Była to wielka niespodzianka. Oczywiście cieszę się strasznie, bo za całe zajęcia odpowiadałem ja – za tematy, zakup materiałów, prowadzenie. Jestem z tego dumny, choć ta duma przyszła po latach. Nie zawsze umiemy odpowiednio ocenić sukces w trakcie.

Jakie masz plany na najbliższy rok?

Muzyka, muzyka, muzyka. Mam stos nowych pomysłów i rzeczy. Będzie to alternatywne, ale jednak dość popowe, bo  ja mam teraz ochotę potańczyć. Będzie to muza wokół męskiej wrażliwości. Zainspirowana mną, moim ojcem, dziadkami, partnerem, przyjacielem. Wszystkimi zajebistymi facetami mojego życia. Po „podjarce” duchowością, ciałem, ten temat przyszedł do mnie naturalnie i teraz jest na tapecie. Świetny temat.

Tworzysz sztukę, żyjesz sztuką, żyjesz ze sztuki…

Sztuka płynie żyłami Wszechświata, ja jestem jedną z nich, naprawdę bardzo małą, ale za to jej ciśnienie jest rozpierdalające.

Milito (Kamil Niedziałek) – singer-songwriter, artysta wizualny i poeta. Absolwent Wydziału Sztuki Mediów Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie , Wydziału Polonistyki i Instytutu Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego. Jego główne zainteresowania skupiają się wokół muzyki, pop kultury, ekspresji cielesnej (w tym sztuki performance i body artu), a także poezji. W 2016 roku Milito wydał baroque popową płytę pt. „Gwiazda rubieży”, na której zagrał na wszystkich instrumentach. Wiedzę na temat sztuki współczesnej popularyzuje podczas zajęć kreatywnych dla różnych grup wiekowych. Jako wykładowca akademicki prowadzi autorskie seminarium magisterskie oraz wykłady wprowadzające studentów w rozumienie współczesności jako momentu kulturowego.

Autorka zdj: Anastasiia Zazuliak.